niedziela, 14 kwietnia 2013

Rozdział XXXIV




Nareszcie w domu. Weszłam do swojego pokoju i zostawiłam torby. Byłam niesamowicie głodna. Szpitalne jedzenie, było okropne. Odżywiałam się jedynie serkami. Nie miałam dużego wyboru, bo Bartek nie był systematyczny w robieniu zakupów. Gdy nie miał nic do jedzenia, po prostu zamawiał pizzę. Westchnęłam i zrobiłam sobie kanapki z pomidorem.
- Jestem. – Bartek wszedł do kuchni. – Mat do nas później wpadnie. – powiedział obserwując moją reakcję. – Masz coś przeciwko?
- Nie. – odpowiedziałam. – Zamknę się w pokoju i nie będę wychodziła. – uśmiechnęłam się – Jak tam ćwiczenia z Łukaszem? – spytałam, zmieniając temat.
- W porządku, ale zdecydowanie wolę robić to z tobą – wyszczerzył się.
- Cieszę się. Jutro idziemy już na salę. Trochę sobie poodbijasz, poskaczesz. Zobaczymy jak twoje kolano to zniesie. – wyjaśniłam.
- Nareszcie! – ucieszył się.
- No nie wiem, czy masz powód do radości. Nie obiecuję, że nie będzie bolało – powiedziałam szczerze. Zaraz przestał się uśmiechać. Dokończyłam jedzenie i poszłam się rozpakować. Oglądaliśmy „Jeden dzień”, gdy ktoś zapukał do drzwi. Bartek zerwał się od razu. Westchnęłam gdy usłyszałam głos Mata. Wszedł do salonu razem z moim współlokatorem.
- Cześć – wyszczerzył się na mój widok.
- Cześć – uśmiechnęłam się. Nie miałam siły być dla niego złośliwa.
- Jakie miłe powitanie – zdziwił się. – Uważaj bo się przyzwyczaję. – posłał mi złośliwy uśmiech.
- Cicho – skrzywiłam się.
- Gramy? - zwrócił się do Bartka.
- Luśka, możemy zająć telewizor? – spytał niepewnie.
- Zaraz się skończy, czekajcie! – powiedziałam stanowczo, nie spuszczając wzroku z ekranu. Kątem oka widziałam, że siadają.
- No nie mów! – Mat popatrzył na mnie z uśmiechem. – Płaczesz?
- Cicho! – główna bohaterka właśnie zmarła. Film się skończył, a ja byłam cała we łzach. Wytarłam je szybko i wstałam. – Możecie sobie grać. – powiedziałam i wyszłam z pokoju. Wykąpałam się i zaczęłam czytać książkę, której nie mogłam skończyć. Słyszałam jak Mat wychodzi około północy. Nie wiedziałam co mnie tak w nim irytuję, ale ciśnienie podnosiło mi się na samą myśl o nim. Odłożyłam książkę i położyłam się spać.

Stałam przed blokiem. Nagle zobaczyłam siebie, wychodzącą z budynku. Oglądałam kiedyś nawet taki film, gdzie dziewczyna w śpiączce wyszła ze swojego ciała. Ale ja nie mogłam być w śpiączce. Uszczypnęłam się. Nic. No tak, to mi się śniło. Usiadłam na ławce i obserwowałam sytuację. Szłam z Czuczi. Mat wyszedł za mną z bloku.
- Nie mam ochoty z tobą rozmawiać. – wycedziłam.
- Oo.. widzę, że pani fizjoterapeutka nie w humorze. – szedł cały czas za mną.
- Bo Cię spotkałam – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Jejku, ale ty jesteś spięta! – zaśmiał się. Zatrzymałam się gwałtownie.
- Nie spięta, tylko dorosła! Człowieku ile ty masz lat? Zachowujesz się jak dziecko! Nie mam ochoty z tobą rozmawiać! – krzyknęłam. Stał i patrzył na mnie zdezorientowany. – Przepraszam. – Jejku, ale ja mam dziwną minę, gdy się złoszczę, pomyślałam patrząc na samą siebie.
- Chodź, napijemy się kawy. – zaproponował.
- Nie – odpowiedziałam stanowczo.
- No chodź. – złapał mnie za płaszcz i pociągnął za sobą. – Dobra, doba. Idę. Ale nie na kawę. Chodźmy coś zjeść.
- Nie ma sprawy. – uśmiechnął się.
Obudziłam się. Otworzyłam oczy i usłyszałam już wyraźnie dźwięk telefonu. Dzwoniła Lilka, z zaproszeniem na swoją sobotnią premierę.  Wiedziałam, że już nie zasnę, więc wstałam i wyszłam do łazienki. Założyłam białą bokserkę i różowy dres. Bartek siedział już w kuchni i jadł śniadanie.
- Cześć – przywitałam się wchodząc. – Skąd masz jedzenie? Byłeś w sklepie? – spytałam zdziwiona.
- Tak – uśmiechnął się – Zrobiłem śniadanie i kawę – wskazał na dzbanek.
- Wow. – powiedziałam, kręcąc głową. Usiadłam na jednym z krzeseł. – Co to za okazja? A może czegoś chcesz? – jeszcze nigdy nie zrobił śniadania i kawy. Coś musiało być na rzeczy.
- No ładnie, człowiek się stara, wstaję o świcie, żeby być docenionym, a tu jak zawsze – udał oburzonego. – Chciałem ci po prostu zrobić niespodziankę.
- Jeśli tak, to się udała – wyszczerzyłam się, zajadając jajecznicę.

O 15 wyszliśmy z domu.
- Mogę prowadzić? – poprosiłam z miną szczeniaka. Musieliśmy jechać jego samochodem bo ja niestety swojego nie miałam. Po wypadku nawet nie opłacało się go naprawiać. Prędzej, czy później musiałam się wybrać po nowy. Bartek popatrzył na mnie i westchnął.
- Znowu ta mina – pokręcił głową i rzucił mi kluczyki.
- Dziękuję – odpowiedziałam szczęśliwa, wsiadając do samochodu. Był znacznie większy od mojego. Gdy tylko wjechałam na ulicę, poczułam panikę. Zatrzymałam się gwałtownie.
- Nie mogę. – powiedziałam przerażona.
- Co się dzieje? – Bartek patrzył na mnie, nie wiedząc o co chodzi. Próbowałam uspokoić swój organizm. – Zamieńmy się. – wysiadł z samochodu. Zrobiłam to samo. Za nami utworzył się już mały korek. Usiadłam na miejscu pasażera i złapałam się za głowę. – Co to było? – spytał, patrząc na mnie.
- Nie wiem. – oparłam głowę o siedzenie. – Spanikowałam.
- Może powinnaś iść do psychologa? Porozmawiaj z Natką – zaproponował.
- Nie. – powiedziałam stanowczo. – Nie ma takiej potrzeby.
- Luśka.. – zaczął.
- Nie. – przerwałam mu od razu. Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu. Nic mi nie jest. Nie potrzebuję, żadnego psychologa. Dojechaliśmy pod halę. Była pusta.
- Dobra, no to zaczynamy. – powiedziałam z uśmiechem, próbując sprawić, że Bartek zapomni o wydarzeniu w samochodzie. Skończyliśmy po dwóch godzinach. Gdy wychodziliśmy z hali, spotkaliśmy Mariusza.
- O jak dobrze, że Was widzę! – ucieszył się na nasz widok. – Miałem do Was dzwonić, ale skoro się spotkaliśmy to jeszcze lepiej.
- O co chodzi? – spytałam.
- Mam do was ogromną prośbę. – powiedział niepewnie. - Musimy jutro z Pauliną wyjechać. Jej siostra ma problemy. Chodzi o to, że to jest na drugim końcu Polski. Nie chcemy brać Arka ze sobą bo się zamęczy. Chcieliśmy was zapytać, czy zgodzilibyście się nim zająć.. – wyjaśnił.
- Nie ma sprawy – odpowiedział Bartek. – Tylko kiedy?
- Jutro rano. Odebralibyśmy go pojutrze.
- Ok. – uśmiechnęłam się. Przynajmniej będzie się coś działo.
Następnego dnia o 14, Arek był już u nas. Siedział grzecznie na kanapie. Staliśmy nad nim, nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć.
- Jesteś głodny? – spytałam.
- Nie, jadłem w domu obiad. – odpowiedział.
- W sumie to masz szczęście, Luśka nie jest dobrą kucharką. – zaśmiał się Bartek. Spiorunowałam go wzrokiem. - A może chcesz się czegoś napić?
- Nie, dziękuję.
- A co powiesz na bajki? – skinął głową. Uśmiechnęłam się z satysfakcją i włączyłam odpowiedni kanał. Wyszliśmy do kuchni.
- Kiedyś mu się znudzą. – powiedział Bartek, siadając na krześle. W tym samym momencie do kuchni wszedł Arek.
- Nie lubię tej bajki. – oznajmił, obserwując nas. Kucnęłam naprzeciwko niego.
- A co powiesz na to, żebyśmy poszli na spacer? – uśmiechnęłam się. – Możemy pójść do kina, jeśli grają coś dla dzieci. – zaproponowałam.
- Super! – krzyknął. Popatrzyłam na Bartka. Rozłożył ręce z uśmiechem.
- No to idziemy! – oznajmił. Po 15 minutach byliśmy gotowi do drogi. Udało nam się trafić na idealny seans, który podobał się Arkowi. Po dwóch godzinach, w wyśmienitych humorach wracaliśmy do domu. Przed blokiem spotkaliśmy Mata.
- Wow, wyglądacie jak prawdziwa rodzina – wyszczerzył się. – Gdzie byliście?
- W kinie i na spacerze. – odpowiedział mu Bartek. – A ty gdzie się wybierasz?
- Na basen. Może pójdziecie ze mną? – zaproponował.
- Lusia, pójdziemy na basen? – Arek popatrzył na mnie z miną szczeniaka. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie wykorzystam jej w stosunku do Bartka. Nie dało się odmówić.
- Ee.. – nie wiedziałam co odpowiedzieć. Mat przykucnął przed Arkiem.
- Ciocia Lusia, nie umie pływać.. – szepnął.
- Umiem – oburzyłam się.
- No to w takim razie, nie chce pokazać się w stroju kąpielowym.. Wiesz, nie jest już młoda. – wywróciłam jedynie oczami.
- Mam lepszy pomysł – uśmiechnęłam się – Pójdziecie w trójkę, taki męski wypad.
- Ale Lusia, ja chcę z tobą – ehh, znów ten wzrok.
- Dobra, ale najpierw musimy się przebrać. – wzięłam go za rękę i wszyscy weszliśmy do mieszkania.

Po pół godziny byliśmy już na pływalni. Rozdzieliliśmy się, wchodząc do szatni. Przebrałam się w strój i wyszłam na główny basen. Chłopcy byli już w wodzie i uczyli Arka pływać. Podeszłam do nich.
- Wow. – Mat popatrzył na mnie. – Jak na swój wiek całkiem nieźle.
- Mam dopiero 26 lat. – spiorunowałam go wzrokiem i weszłam do wody.
- To mało? Za 4 lata, będzie już 30. – uśmiechnął się złośliwie. Ochlapałam go wodą i podeszłam do Arka.
- Luśka! – zawołał Mat, odwróciłam się niechętnie i poczułam na sobie wielki strumień wody.
- Chcesz wojny? – spytałam i nie czekając na odpowiedź zaczęłam go chlapać. Po chwili złapał mnie w pasie i zanurzył. – To nie fair! – krzyknęłam, gdy pojawiłam się znów nad wodą.
- Na wojnie nie ma zasad – wyszczerzył się. Nie czekając długo wskoczyłam mu na ramiona i zanurzyłam.
- Jak dzieci. – westchnął Bartek, kręcąc głową. Po 5 minutach zawarliśmy rozejm.
- Idziemy na rurę? – spytałam Arka. Zgodził się od razu. Wyszliśmy z basenu i ruszyliśmy w stronę zjeżdżalni.
- Ja chcę na tą! – wskazał na jedną z trzech.
- Niestety, ta nie jest dla dzieci. – usłyszeliśmy za sobą. Odwróciliśmy się oboje. Za nami stał młody, przystojny ratownik.
- No to musimy iść na tą mniejszą. – wzruszyłam ramionami, patrząc na Arka.
- No chyba, że mama z tobą zjedzie – uśmiechnął się do niego.
- O, nie jestem jego mamą – wyjaśniłam szybko.
- No to w takim razie niech zjedzie z tobą… - popatrzył na mnie, czekając aż dokończę.
- Luśka. – wyciągnęłam rękę z uśmiechem.
- Grzesiek. – uścisnął ją. – Pierwszy raz cię tu widzę.
- Przeprowadziłam się tu kilka miesięcy temu. – wyjaśniłam.
- Bartek idzie! – krzyknął Arek wskazując na chłopaków, którzy szli w naszą stronę.
- Czy to nie jest Bartek Kurek? – spytał zdziwiony Grzesiek.
- Tak, Luśka z nim mieszka. – odpowiedział mu.
- Oo.. Cóż, muszę już iść. Miło było cię poznać. – pożegnał się i odwrócił. Ale z nim nie jestem, wróć.. pomyślałam. Westchnęłam, no trudno.
- Zostawić cię na dwie minuty, a już cię ktoś podrywa. – zaśmiał się Mat.
- Widocznie nie jestem, aż tak stara. – uśmiechnęłam się z satysfakcją. Wzięłam Arka za rękę i ruszyłam w stronę większej rury.
Po 2 godzinach byliśmy już w mieszkaniu. Wzięliśmy po kolei prysznic.
- Na co masz ochotę? – spytałam, gdy siedzieliśmy w kuchni.
- Omlet. – odpowiedział szybko Bartek.
- Pytałam Arka. – uśmiechnęłam się.
- Ja chcę jajecznicę. – powiedział, śmiejąc się z mojego współlokatora.
Po kolacji, wyciągnęliśmy gry planszowe i graliśmy do późnego wieczoru. Oczywiście wybór padł na chińczyka, w którego jak zwykle przegrałam.
- Pora spać. – popatrzyłam na Arka. – Chodź. – wstałam i wyciągnęłam rękę. Przytulił się do Bartka i wyszedł ze mną.
- Przeczytasz mi coś? – spytał, gdy przykrywałam go kołdrą.
- Pewnie – zgodziłam się, szukając w torbie jakiejś książki. Znalazłam Pinokia. Położyłam się obok niego i zaczęłam czytać.
- Dawno temu był sobie stolarz Dżepetto…

_______
Dziękuję, za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem! Ogromna motywacja, więc proszę o kolejne :)
 

piątek, 12 kwietnia 2013

Rozdział XXXIII


Oczami Bartka…
Wyszliśmy przed szpital. Jak na listopad, było dość ciepło.
- Zawieźć cię do Bełchatowa? – spytała Aśka. Przyjechaliśmy tutaj jej samochodem.
- Nie – odpowiedziałem bez zastanowienia. – Zostanę jeszcze z Luśka, a potem wrócę jakoś do domu – dodałem. Byłem całkowicie rozkojarzony. Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego, że Luśka straci pamięć.
- Bartek, co się dzieję? – usłyszałem i wróciłem do rzeczywistości. Aśka patrzyła na mnie z niepokojem. – Wszystko z nią dobrze. Nie pamięta tygodnia sprzed wypadku, ale poza tym wszystko z nią w porządku. – próbowała mnie pocieszyć.
- Wiem. – powiedziałem cicho. Nie pamięta tygodnia, więc nie pamięta też momentu nad zalewem o  którym ja nie mogłem zapomnieć. Spojrzałem Aśce w oczy, zbierając się na odwagę, by powiedzieć jej o wszystkim. Jednak patrzyła na mnie z taką troską, że nie mogłem wydusić z siebie ani słowa.
- Muszę już jechać. – powiedziała przepraszającym tonem. – Poradzisz sobie?
- Tak, tak. – odpowiedziałem nieprzytomnie. Chciałem zostać sam. Pocałowała mnie na pożegnanie i ruszyła w stronę auta. Stałem i patrzyłem jak odjeżdża. Jestem idiotą, jestem największym tchórzem na świecie. Dlaczego jej nie powiedziałem prawdy? Nie zasługiwała na to, żeby być okłamywaną. Musze jej to wyjaśnić i zakończyć ten związek, który i tak już nie ma sensu. Wszedłem z powrotem do szpitala. Nie śpieszyłem się. Nie byłem chyba w stanie udawać, że nic się nie stało. Nawet nie wiem dlaczego, nie powiedziałem Luśce o naszym pocałunku. Ale co by to zmieniło. Miałem nadzieję, że skoro mnie pocałowała, to gdzieś tam w środku, ja też jestem dla niej ważny. Ale gdybym był,  to mnie złapałaby za rękę i to do mnie by się uśmiechnęła. Do Zbyszka miała jakiś dziwny stosunek. Widać było to w jej oczach, gdy na niego patrzyła. Nie byłem pewien, czy to była miłość, ale wiedziałem, że na mnie jeszcze nigdy tak nie spojrzała. Wszedłem na salę. Łóżko było puste. Rodzice Luśki stali przy oknie i o czymś rozmawiali. Dziewczyny siedziały w milczeniu na krzesełkach. Podszedłem do nich.
- Gdzie Luśka? – spytałem, siadając.
- Pojechała na badania – odpowiedziała mi Lilka. – Jejku, jak do tej pory, utratę pamięci widziałam jedynie w filmach. – pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Mnie zastanawia, po co ona jechała do Warszawy. To musiało być coś ważnego, skoro nie mogła poczekać. Przecież dzisiaj miałam być w Bełchatowie. Na pewno wam nie mówiła po co jedzie? – Natka popatrzyła na nas.
- Nic więcej mi nie powiedziała. Chciała z nami porozmawiać jak się spotkamy – Lilka wzruszyła ramionami. – A ty naprawdę nic nie wiesz? – teraz obie skierowały wzrok na mnie. Już miałem odpowiadać, gdy na salę wjechała blada i zmęczona Luśka.
- Wróciłam. – lekko się uśmiechnęła. Pielęgniarka pomogła jej wejść na łóżko.
- Słyszała pani co powiedział lekarz? – popatrzyła na nią znad okularów. – Ma pani odpoczywać.
- Wiem, wiem. – odpowiedziała, wywracając oczami. – Natka, gdzie jest mój tele.. – zamilkła, na widok karcącego spojrzenia pielęgniarki.
- Żadnego telefonu. Ma pani leżeć i najlepiej nic nie mówić. – upomniała ją.
- Z tym może być problem. – zażartowałem, wszyscy się zaśmiali.
- Dobra, to ty Natka zadzwoń do Łukasza. – westchnęła zrezygnowana. Nie wiedziałem, o co chodzi. Natka wyszła z sali.
- Kochanie odpoczywaj, wpadniemy do ciebie później. Musimy jechać po Klaudiusza. – jej mama podeszła do niej i pocałowała ją w policzek.
- Ja też się będę zbierała. Zaraz mam próbę. – Lilka wstała. – Mam nadzieję, że wypiszą cię przed premierą. Musisz to zobaczyć.  Do zobaczenia. – pożegnała się z nami. Zaraz potem weszła Natka.
- Załatwione. – powiedziała. – Ma czas o 18. Też będę się zbierać, za godzinę mam pacjenta. Wpadnę jeszcze dzisiaj. – uśmiechnęła się i wyszła. Zostaliśmy sami.
- O co chodziło? – zmarszczyłem brwi.
- O 18 masz ćwiczenia, napiszę ci adres. – wyjaśniła. – To mój kolega, naprawdę bardzo dobry rehabilitant. Zajmie się tobą, dopóki ja nie będę w stanie. – uśmiechnęła się. – No co? Chyba nie myślałeś, że zostawię cię bez opieki.- spytała udając oburzoną. Nie mogłem się napatrzeć na jej uśmiech.
- Pójdę, jeśli.. – specjalnie zawiesiłem głos.
- Jeśli? – uniosła brwi.
- Jeśli teraz zamkniesz oczka i pójdziesz spać – uśmiechnąłem się. Widziałem, że jest zmęczona.
- No.. na to się mogę chyba zgodzić. – westchnęła. – Tylko nie zapomnij, a adres weź od Natki. – dodała i zamknęła oczy. Siedziałem i patrzyłem na nią.
- Idź stąd. – otworzyła jedno oko i spojrzała na mnie. – Nie mogę się skupić, jak tak na mnie patrzysz. – zaśmiała się.
- Dobra, już mnie nie ma. – uniosłem ręce do góry i wstałem. Odwróciłem się jeszcze, gdy doszedłem do drzwi. Patrzyła na mnie i się uśmiechała. – Miałaś iść spać. – przypomniałem.
- Idę, idę. - odpowiedziała szybko.

Oczami Luśki…
Obserwowałam całą sytuację z boku. Staliśmy przy samochodzie. W tle słychać było jedynie szum drzew. Cali mokrzy, patrzyliśmy na siebie. Powoli zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Długo staliśmy spleceni ze sobą. W końcu się od siebie odsunęliśmy. Patrzył na mnie z uwielbieniem, po czym przytulił.
- Naprawdę jesteś dla mnie ważna. – szepnął Bartek.

- Pani Alicjo. – usłyszałam i otworzyłam oczy. Nie wiedziałam co się dzieję, rozejrzałam się. Nade mną stał lekarz i patrzył na mnie intensywnie. Obok łóżka siedział Zbyszek i Bartek. Popatrzyłam na tego drugiego i przypomniałam sobie ten dziwny sen. Poczułam, że się rumienię. Spojrzałam szybko w stronę okna. Na zewnątrz było bardzo jasno. Spodziewałam się, że wstanę wieczorem. – Nie mogliśmy pozwolić pani dłużej spać. – oznajmił lekarz.
- To ile ja spałam? – spytałam zdziwiona. – Śpię od wczoraj?
- To normalne – uspokoił mnie. – Przyjdę do pani później. – powiedział i wyszedł. Spojrzałam na chłopaków. Siedzieli i patrzyli na mnie.
- Jak mecz? – zwróciłam się do Zibiego.
- Wygraliśmy – wyszczerzył się do mnie.
- Odegramy się w Rzeszowie. – do sali wszedł Karol z kubkiem kawy. – Mieliście po prostu więcej szczęścia.
- Jasne, jasne. – zaśmiał się Zbyszek.
- Nie poczekałeś na mnie! – Igła wszedł szybko za Karolem.
- Co wy tu wszyscy robicie? – zdziwiłam się. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie miałam na sobie ani krzty makijażu. Odruchowo poprawiłam włosy. Chłopaki wybuchli śmiechem.

Tydzień później…
- Powoli.
- Mamo –westchnęłam załamana. – Wszystko jest ok. Słyszałaś przecież doktora. – przypomniałam jej. – Nie panikuj!
- Na pewno  nie chcesz jechać do nas? Odpoczniesz jeszcze trochę. – nalegała.
- Odpoczywałam cały tydzień. – powiedziałam stanowczo.
- Nie wiem, po kim ty jesteś taka uparta. – załamała ręce i się poddała. Skończyłam się powoli pakować. – Będziesz się nią opiekował? – zwróciła się do Bartka.
- Obiecuję – odpowiedział z uśmiechem. Wywróciłam oczami. Traktowali mnie jak dziecko.
- Tak wam tylko przypomnę, że mam już 26 lat. – zdenerwowałam się. – Natka, możemy w końcu porozmawiać? – spytałam. Do tej pory, nie miałyśmy okazji. Zawsze wokół mojego łóżka był tłum ludzi.
- Pewnie. – zgodziła się. Wyszłyśmy z sali i ruszyłyśmy w stronę wyjścia.
- Co jest między tobą a Filipem? – wypaliłam od razu.
- Nic. – zmarszczyła brwi – A co ma być?
- Dzwonił do ciebie. – wydawała się zaskoczona.
- Skąd to wiesz? – spytała. Nie odpowiedziałam. – No tak, Piotrek.. Nic między nami nie ma. Dzwoni do mnie, a kiedyś nawet przyszedł do mnie do mieszkania..
- Przyszedł do ciebie? – przerwałam jej zszokowana.
- Tak, chciał do mnie wrócić. – kontynuowała. – Ale powiedziałam mu, że kocham Piotrka i nic z tego nie będzie. – wyjaśniła.
- I zaakceptował to? – spytałam ironicznie.
- Nie, nadal próbuje. Ale bądź pewna, że ja do niego nic nie czuję. – uśmiechnęła się. Wyszłyśmy przed szpital.
- Porozmawiaj z Pitem. On naprawdę się zamartwia.
- Jejku, teraz wiem dlaczego się tak zachowywał! – zaśmiała się. – Nie macie się o co martwić.
- Gotowa? – usłyszałam za sobą. Odwróciłam się i zobaczyłam Bartka z moimi rodzicami.
- Tak, możemy jechać – odpowiedziałam z uśmiechem. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i wsiedliśmy do auta. – Nareszcie. – oparłam się o siedzenie.
- Chyba, aż tak źle nie było. – uśmiechnął się. – Zbyszek nie opuszczał cię nawet na chwilę.
- Kochany jest. – powiedziałam szczerze. - Cieszę się, ze jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie chcesz do niego wrócić? – spytał, obserwując moją reakcję. Popatrzyłam w okno. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Z jednej strony, mogłam sobie wyobrazić mnie i Zbyszka znowu razem. Nie wiem czemu przy nim czułam się bezpieczna. Właśnie dlatego, to jego złapałam wtedy za rękę. Bałam się jednak, że jeśli znów zerwiemy, nie będziemy już w stanie dalej się przyjaźnić. – Nie wiem. – odpowiedziałam w końcu. Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu. Po dwóch godzinach byliśmy już pod blokiem. Bartek wziął torby i ruszyliśmy w stronę klatki schodowej. W drzwiach spotkaliśmy Mata. Westchnęłam.
- No cześć! – przywitał się z uśmiechem. - Gdzie byliście? Nie widziałem was od jakiegoś tygodnia.
- Luśka miała wypadek. – odpowiedział mu Bartek.
- Co się stało? – spytał lekko przestraszony.
- Obchodzi cię to? – zmarszczyłam brwi..
- Myślałem, że zakopaliśmy topór wojenny.. – teraz to on był zdziwiony. – Wyjaśniłem ci, że nie jesteś w moim typie. – wyszczerzył się.
- Zakopaliśmy topór wojenny? – spytałam z ironicznym uśmiechem – Nie przypomi… - przerwałam i spojrzałam na Bartka. – To prawda? – Bartek wzruszył ramionami.
- O co chodzi? – Mat nie wiedział co się dzieję.
- Straciła pamięć. Nie pamięta tygodnia przed wypadkiem. – wyjaśnił mu.
- Co? – spytał ze śmiechem.
- Doprawdy.. bardzo zabawne. – oburzyłam się i go wyminęłam.
- Czyli mam rozumieć, że nadal.. czekaj jak ty to powiedziałaś, gdy spacerowaliśmy z Czuczi? – udał, że myśli. – A tak, nadal będę ci się skrycie podobał, ale nie będziesz tego okazywać?
- Nie powiedziałam tak! – przystanęłam przed drzwiami.
- Skąd wiesz? przecież nie pamiętasz… - uśmiechnął się.
- Straciłam pamięć.. nie rozum – odpowiedziałam ze złośliwym uśmiechem i weszłam do mieszkania. Słyszałam jeszcze jak Bartek się śmieję.

___________________
Bardzo proszę o komentarze. Nawet 1 to ogromna motywacja dla mnie do dalszej pracy :)

wtorek, 9 kwietnia 2013

Rozdział XXXII



Oczami Bartka…
- Bartek, słuchasz mnie? – spytała Aśka, gdy siedzieliśmy w salonie.
- Tak, tak – wymamrotałem nieprzytomnie. Nie mogłem się skupić.
- To o czym mówiłam? – no pięknie, pomyślałem. Uratował mnie telefon. Wstałem i poszedłem odebrać.
- Słucham? –podświadomie miałem nadzieję, że to Luśka.
- Bartek, Luśka miała wypadek! – usłyszałem zapłakany głos Natki. Kolana się pode mną ugięły. Usiadłem na kanapie i złapałem się za głowę.
- Boże – wydusiłem. – Nic jej nie jest? – próbowałem się skoncentrować.
- Nic nie wiem, dopiero ją przywieźli. – ledwo co ją rozumiałem.
- W którym szpitalu jesteście? – wstałem i zacząłem się ubierać. Aśka obserwowała mnie, nie wiedząc co się dzieję.
- W św. Zofii, w Warszawie. – odpowiedziała szybko, po czym się rozłączyłem.
- Co się stało? – spytała Aśka, stojąc w drzwiach salonu.
- Luśka, miała wypadek – wyjaśniłem szybko, szukając dokumentów.
- Poczekaj pojadę z Tobą. – też zaczęła się ubierać. Wyszliśmy razem z domu i szybko wsiedliśmy do auta. Po dwóch godzinach podróży w milczeniu dotarliśmy na miejsce. Znalezienie odpowiedniego oddziału zajęło nam jakieś 20 min. Przed jedną z sal, stała mała grupka ludzi, w której dostrzegłem Natkę i Lilkę. Podeszliśmy szybko.
- Wiadomo coś? – spytałem, próbując złapać oddech.
- Nie, odkąd ją przywieźli nikt nie wyszedł – odpowiedziała, prawdopodobnie jej mama. Była bardzo do niej podobna. Włosy miała prawie identyczne, tylko dłuższe. Oczy, też po niej odziedziczyła. Prawdę mówiąc, pewnie tak Luśka będzie wyglądała za kilkanaście lat. Jej mama stała przytulona do męża, który był niesamowicie blady. Usiadłem, łapiąc się za kolano. Po takim dystansie dawało o sobie znać. Rozejrzałem się po osobach na korytarzu. Oprócz jej rodziców i dziewczyn, czekał z nami Wojtek i ten chłopak, który kiedyś przyjechał do Luśki, nie pamiętałem imienia. Nagle z sali wyszła pielęgniarka. Wstałem szybko.
- I co z nią? – spytał podenerwowany pan Staszewski.
- Muszą państwo czekać. – odpowiedziała i pobiegła przed siebie.
- Natka! – usłyszałem. Odwróciłem się i zobaczyłem Pita, a za nim połowę zespołu z Rzeszowa i Bełchatowa. Wszyscy szybkim krokiem zbliżali się w naszym kierunku.
- Co z nią? – Zibi podbiegł pierwszy. Na jego twarzy malował się strach. Patrzyłem na niego i uświadomiłem sobie, że nie jestem jedynym mężczyznom w życiu Luśki, który ją kocha.
- Nic jeszcze nie wiadomo. – powiedziała zapłakana Natka, wtulając się w ramiona Pita.
- Co się właściwie stało? – spytał zdyszany Karol.
- Miała wypadek samochodowy. Jakiś pijany idiota wjechał w nią na skrzyżowaniu. – Lilka opadła na krzesełko obok mnie i oparła głowę o ścianę. Siedzieliśmy w ciszy, nawet Igła nic nie mówił. Wszyscy w napięciu czekaliśmy, aż drzwi się otworzą i ktokolwiek z nich wyjdzie. Zdałem sobie sprawę, że to moja wina. Schowałem twarz w dłoniach. Gdybym wyjaśnił to wszystko, nie wyjechałaby. Jeśli jej się coś stanie, to tylko i wyłącznie z mojej winy. Poczułem czyjąś rękę na ramieniu. Podniosłem głowę i zobaczyłem Aśkę. Stała i patrzyła na mnie z troską.
- Będzie dobrze. – przyłożyła dłonie do moich policzków. Zaraz potem drzwi gwałtownie się otworzyły.
- Co z nią? - spytała pani Staszewska, podbiegając do lekarza. – Jestem jej matką.
- Jest przytomna. Jednak ma dość poważne obrażenia. Musimy zrobić dodatkowe badania. Na razie nic więcej nie mogę powiedzieć. – skinął głową i szybkim krokiem ruszył do gabinetu. W drzwiach pojawiło się łóżko, pchane przez pielęgniarki, na którym leżała Luśka. Rozglądała się nieprzytomnie po zebranych, zatrzymując wzrok na Zbyszku. Podszedł do niej szybko.
- Wszystko będzie dobrze – odgarnął jej włosy z czoła. – Będę tutaj cały czas – złapał ją za rękę. Uśmiechnęła się lekko.
- Musimy już jechać. – powiedziała jedna z pielęgniarek. Patrzyłem na Zbyszka z zazdrością.
- Boże, przynajmniej żyję – Natka uśmiechnęła się przez łzy. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Chłopaki pojechali z powrotem do Bełchatowa. Został tylko Zibi, który próbował wybłagać u trenera wolne na jutro.
- Rozumiem trenerze, ale Johen jest w świetnej formie, da sobie radę. – przekonywał go. – Poza tym, to i tak bez sensu. Będę myślał jedynie o Luśce i naprawdę się nie przydam. – powiedział błagalnym tonem. – Dziękuję! – krzyknął i się rozłączył.
- Zgodził się? – spytałem.
- Tak. – odpowiedział wyraźnie szczęśliwy. Po 15 minutach Luśkę przywieziono ponownie na salę. Najpierw weszli do niej rodzice, dziewczyny i Piotrek. Zostałem na korytarzu z Aśką, Wojtkiem i Zibim.
- Może przyniosę wam kawę? – Aśka wstała. Spojrzałem na zegarek była już 22.
- Pójdę z tobą. – chciałem się przejść i rozprostować nogi. Zeszliśmy na dół do automatu.
- Idziecie już? – spytałam, widząc znajomą grupkę ludzi.
- Nie ma siły rozmawiać, zasnęła od razu. Zbyszek do niej wszedł. – odpowiedziała Lilka. Pożegnaliśmy się z nimi i ruszyliśmy dalej. Drzwi do Sali były uchylone. Zajrzałem niepewnie. Luśka, spała trzymając za rękę Zibiego. Poczułem ukłucie zazdrości. Wiedziałem, że sam sobie na to zapracowałem.
- Może chodź do jakiegoś hotelu? – cicho zaproponowała Aśka – Dzisiaj i tak z nią już nie porozmawiasz, przyjdziemy jutro. – położyła mi rękę na ramieniu. Musiałem jej przyznać rację. Wycofaliśmy się powoli i wyszliśmy ze szpitala.

Oczami Luśki…
Obudziłam się z okropnym bólem głowy. Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam Zbyszka, który spał na moich nogach. Uśmiechnęłam się na ten widok. Pomimo tego, że nie jesteśmy razem, widziałam ten strach o mnie w jego oczach. Był kochany, że został tu ze mną. Byłam ciekawa co z Kaśką. Przejrzał w końcu na oczy? Nie mogłam przypomnieć sobie jaki dziś dzień. Nie miał treningu? Nie chciałam, żeby przeze mnie zawalał cokolwiek. Nie było takiej potrzebny. Czułam się dobrze, oprócz tego cholernego bólu głowy. Dlaczego to tak boli? Próbowałam sobie przypomnieć co się stało, ale w tym momencie na salę wszedł Bartek z Aśka i moimi rodzicami. Za nimi weszły dziewczyny. Narobili trochę szumu, przez co Zibi gwałtownie się poderwał.
- Co jest? – spytał zaspanym głosem. Zaśmiałam się lekko, ale wszystko zaczęło mnie boleć. Mimowolnie się skrzywiłam.
- Kochanie, wszystko dobrze? – mama podbiegła do mnie szybko.
- Tak, tak.. nie martw się.. – uspokoiłam ją. – Bartek – zwróciłam się ku niemu. – Co ty teraz zrobisz? Musi z tobą ktoś ćwiczyć. A coś czuję, że mnie stąd jeszcze nie wypuszczą. – popatrzyłam na niego przepraszająco. Wydawał się zdziwiony.
- Nie martw się, znajdę kogoś na zastępstwo. – odpowiedział zbity stropu.
- Bartek, wyluzuj nie umieram. – zaśmiałam się lekko. – Ty! – popatrzyłam teraz na Natkę – My sobie musimy porozmawiać, ale jak mnie już wypiszą bo mogę potrzebować rąk, by cię zabić. – nie wiedziała o co mi chodzi. Popatrzyła na mnie pytająco. – Później. – odparłam stanowczo, ale z uśmiechem. – A ty nie masz treningu dzisiaj? – zwróciłam się do Zbyszka, który ustąpił miejsca na krześle mojej mamie. Wszyscy popatrzyli po sobie. – No co? – spytałam nic nie rozumiejąc. W tym samym momencie, ktoś wszedł do Sali. Był to wysoki, starszy mężczyzna. Uśmiechnął się przyjaźnie.
- Jak się pani dzisiaj czuję? – spytał, podchodząc do mojego łóżka.
- Nieźle, ale strasznie boli mnie głowa. – Miałam ochotę skłamać, żeby wyjść wcześniej, ale po krótkim zastanowieniu, stwierdziłam, że to jednak zły pomysł.
- W którym miejscu? – popatrzył na mnie.
- Płat potyliczny. – odpowiedziałam automatycznie.
- Tak myślałem – nad czymś się zastanawiał. – Podczas wypadku to on najbardziej ucierpiał. – wyjaśnił. – Jakie ostatnie wspomnienie pani pamięta sprzed wypadku? – spytał. Próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek.
- Chyba to, że siedziałam z Lilką w restauracji i rozmawiałyśmy z Filipem. – powiedziałam niepewnie. – O tym właśnie muszę z tobą porozmawiać – wskazałam palcem na Natkę. – Czyli ten wypadek musiałam mieć, gdy wracałam z Warszawy, bo potem pamiętam jedynie to, że byłam w karetce.  
- Kiedy to było? – zwrócił się tym razem do Lilki.
- Prawie tydzień temu – powiedziała przerażona. Doktor znów spojrzał na mnie.
- Tydzień temu? – zdziwiłam się. – To ile ja spałam?
- To wszystko wyjaśnia. Nie pamięta pani wydarzeń sprzed wypadku. To się zdarza, po tak silnym urazie. Całe szczęście, że jest to zaledwie tydzień. W większości przypadków, pamięć zanika całkowicie. – wyjaśnił. Tego się nie spodziewałam. To co straciłam? Popatrzyłam po zebranych. Każdy wydawał się być w szoku.
- Odzyskam kiedyś te wspomnienia? – to pytanie, jako jedyne przyszło mi w tym momencie do głowy.
- Nie wiadomo, ale podejrzewam, że nie. – wyznał szczerze.
- No cóż.. – zaczęłam. – Będziecie mi musieli wszystko ze szczegółami opowiedzieć. – uśmiechnęłam się głównie do Bartka, bo to on wiedział o wszystkim. Nie byłam załamana, mogło być gorzej, jak sam doktor powiedział.  – A kiedy mnie wypiszecie? – spytałam.
- Jak bóle głowy ustaną. Nie widzę większych powikłań. Miała pani dużo szczęścia. – uśmiechnął się do mnie pocieszająco. – A teraz przepraszam, muszę udać się na obchód. Później zrobimy pani kolejne badania – skinął głową w moim kierunku i ruszył w stronę drzwi. – I jeszcze jedno – zatrzymał się w progu. – Pani pies jest pod opieką weterynarza, ma lekkie skaleczenia, ale wyszedł z tego prawie bez szwanku. – oznajmił, po czym opuścił salę. Boże, Czuczi była ze mną? Całe szczęście, że jej się nic nie stało.
- Wow, tego się nie spodziewałam. – wyznałam szczerze. – No to co mnie ominęło w tym tygodniu? – spytałam z uśmiechem. Wszyscy spojrzeli na Bartka, zaczął mi opowiadać od momentu w którym wróciłam do domu z Warszawy. Od Zbyszka dowiedziałam się po co przyjechał, gdy wróciłam do Bełchatowa. Podobało mi się to, że zostaliśmy przyjaciółmi.
- Nie wiesz po co jechałam? – spytałam ze zdziwieniem. Zawsze mówiłam mu po co wychodzę.
- Nie. Nie powiedziałaś nic innego, tylko tyle, że wrócisz jutro.
- A wy nie wiecie? – zwróciłam się do dziewczyn.
- Nie. Powiedziałaś, że powiesz nam jak się spotkamy. – Lilka wzruszyła ramionami. Popatrzyłam w sufit. Dziwnie się czułam z luką w pamięci.
- A nie powiedziałeś czemu byliście mokrzy, gdy wróciliście z tego grilla. – zauważyła Aśka. Odezwała się po raz pierwszy dzisiaj.
- Pojechaliśmy nad zalew i.. no tak jakoś wyszło. – nie wiedział jak to wyjaśnić.
- A co wy robiliście w Bełchatowie? – tym razem spytałam Zbyszka.
- Gramy dzisiaj mecz ze Skrą. – odpowiedział, zakłopotany.
- Zdążysz? – nie wiedziałam, która godzina, ale do Bełchatowa jest trochę drogi.
- Nie gram, poprosiłem trenera o wolne.
- No nawet nie żartuj! – oburzyłam się. – Już cię tutaj nie ma! – wskazałam na drzwi. – Nic mi się nie stanie, a ty musisz pomóc drużynie. Obiecuję, że nigdzie się nie ruszę, dopóki nie wrócisz. – wyszczerzyłam się.
- Luśka,  ale ja naprawdę mogę zostać. – próbował mnie przekonywać.  
- Nie, nie możesz. W tej chwili masz jechać do Bełchatowa i zagrać jak najlepiej. – powiedziałam stanowczo. Chyba zorientował się, że nie ma ze mną szans.
- Wrócę zaraz po meczu – wstał i pocałował mnie w czoło.
- Ok. – uśmiechnęłam się. – Powodzenia! – krzyknęłam, gdy wychodził z sali.
- Ja też się będę zbierać – westchnęła Aśka – Za kilka godzin mam wykłady. –wyjaśniła. – Trzymaj się – podeszła i pocałowała mnie w policzek.
- Dzięki, że w ogóle przyjechałaś – odwzajemniłam uśmiech.
- Odprowadzę Cię. – powiedział Bartek i wyszedł zaraz za nią. Do sali weszła pielęgniarka z wózkiem.
- No to czas na badania. – uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Mam na tym jechać? – spytałam przerażona. Odpięła mi kroplówkę i pomogła wsiąść na wózek, pomachałam jeszcze mamie, która patrzyła na mnie z przerażeniem.